Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

Badanie włosów dostarcza kolejne wskazówki co do zaginionej ekspedycji

Recommended Posts

Analiza włosów jednego z członków zaginionej ekspedycji Johna Franklina do Arktyki z 1845 r. potwierdziła, że zatrucie ołowiem to tylko jeden z wielu czynników przyczyniających się do zgonu załogi (nie była to główna przyczyna).

Antropolodzy z McMaster University zbadali próbki włosów, pobrane ze szkieletu szkockiego lekarza i naukowca Henry'ego Goodsira. Dzięki temu, że włosy rosną ok. 1 cm na miesiąc, naukowcy mogli analizować zmiany w ekspozycji Goodsira na ołów w ciągu ostatnich tygodni życia.

Autorzy publikacji z The Journal for Archaeological Science: Reports porównali stężenie ołowiu w 3 cm włosa; ten odcinek odpowiadał 3-miesięcznemu okresowi przed zgonem, który nastąpił między wrześniem 1846 a początkiem 1847 r.

Kanadyjczycy przeprowadzili też badania izotopowe, by wskazać możliwe źródła ołowiu (w grę wchodziły m.in. ołowiane puszki z jedzeniem, leki i rury). Potwierdzono, że Goodsir był wystawiony na oddziaływanie podobnych lub takich samych źródeł ołowiu, co inne ofiary znalezione na Wyspie Króla Williama i Wyspie Beecheya.

Poziomy ołowiu okazały się wysokie jak na dzisiejsze standardy (73,3–84,4 ppm). Szacowane stężenia Pb we krwi (~53,6–61,3 μg/dL) sugerują jednak, że choć wysoka, ekspozycja na ołów mogła nie wystarczyć do pogorszenia objawów fizycznych i psychicznych. Przypieczętowała po prostu nieuniknione.

Skądinąd nasze analizy pokazują, jak duża była ekspozycja na ołów w przemysłowej Brytanii. W owym czasie ludzie mogli spożyć ołów ze wszystkim, np. pokarmem, winem i lekami - podkreśla Michael Inskip.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Z powodu zmian klimatu w Arktyce rośnie ryzyko, że wirusy znajdą sobie nowych gospodarzy, informują naukowcy z University of Ottawa. Kanadyjscy uczeni odkryli, że zwiększenie ilości wody, która z roztapiających się lodowców wpływa do Lake Hazen – największego pod względem objętości jeziora na północ od koła podbiegunowego – jest powiązane ze zwiększeniem ryzyka, iż wirusy zainfekują nowy gatunek.
      Uczeni z Ottawy zebrali próbki gleby oraz osadów z jeziora i zsekwencjonowali obecne tam RNA oraz DNA. Znaleźli w nich sygnatury wirusów oraz ich potencjalnych ofiar – zwierząt, roślin i grzybów. Następnie wykorzystali algorytm, który został niedawno opracowany przez różne zespoły badawcze, a który służy do oceny szans koewolucji lub symbiozy pomiędzy niespokrewnionymi grupami organizmów. Algorytm pozwolił na ocenę ryzyka znalezienia przez wirusy nowych gospodarzy, gatunków, których dotychczas nie infekowały. Okazało się, że ryzyko takie jest większe w miejscach, gdzie do jeziora wpadają większe cieki wodne, niosące więcej wody z lodowców.
      Naszym głównym odkryciem jest spostrzeżenie, że dla tego konkretnego jeziora, ryzyko przejścia wirusów na nowy gatunek rośnie wraz z ilością wody z lodowców, stwierdziła Audree Lemieux, która stała na czele grupy badawczej. Oczywiście naukowcy nie twierdzą, że do takiego zakażenia dojdzie czy ze będzie miała miejsce epidemia.
      Uczona dodaje, że obecnie ryzyko, iż w Arktyce zaczną pojawiać się choroby zakaźne jest niewielkie, gdyż jest tam niewiele wektorów – takich jak np. komary – mogących przenosić patogeny pomiędzy gatunkami. Jednak warto pamiętać, że zmiany klimatyczne nie ograniczają się do roztapiających się lodowców. Kolejne gatunki zwierząt będą migrowały na północ, można się więc spodziewać, że będzie się tam pojawiało też coraz więcej wektorów.
      Niestety, wspomniany algorytm nie wyjaśnia, dlaczego topniejące lodowce zwiększają ryzyko zarażenia nowych gatunków przez wirusy. Współautor badań, Stéphane Aris-Brosou, mówi, że być może chodzi tutaj o sam fakt zwiększania się kontaktu pomiędzy różnymi gatunkami w sytuacji, gdy ich lokalne środowisko zostaje zaburzone. Dochodzi więc albo do częstszych kontaktów, albo też pojawiają się nowe interakcje, a to daje wirusom więcej okazji do znalezienia nowego gospodarza.
      Naukowcy, którzy nie brali udziału w badaniach zauważają, że ryzyko jest naprawdę niewielkie. Chociażby dlatego, że w pobranych próbkach znajdowały się w większości zdegradowane fragmenty wirusowego RNA i DNA, które nie stanowią zagrożenia. Ponadto, co podkreślają sami autorzy badań, byli oni pierwszymi, którzy użyli tego algorytmu w ten sposób, więc potrzeba większej liczby badań, by dobrze ocenić i skalibrować wiarygodność algorytmu.
      Jednak ryzyka związanego z chorobami i globalnym ociepleniem w Arktyce nie można lekceważyć. Przekonaliśmy się o tym w 2016 roku, kiedy to na Syberii doszło doszło do epidemii wąglika. Zmarł wówczas kilkunastoletni chłopiec, ponad 100 osób trafiło do szpitali, padły tysiące reniferów. Śledztwo wykazało, że źródłem zakażenia były padłe przed kilkudziesięciu laty renifery, których ciała zostały odsłonięte w wyniku roztapiania się wiecznej zmarzliny.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Naukowcom udało się bezsprzecznie zidentyfikować szczątki jednego z członków zaginionej ekspedycji Franklina. Dzięki badaniom DNA potwierdzono, że materiał pobrany z kości i zębów należy do Johna Gregorego, inżyniera z HMS Erebus.
      Losy ekspedycji Franklina przez dziesięciolecia poruszały ludzi. John Franklin, doświadczony badacz Arktyki, wyruszył w 1845 roku na czele załóg HMS Erebus i HMS Terror w swoją czwartą wyprawę badawczą. Jej celem było pokonanie nieprzebytego dotychczas fragmentu Przejścia Północno-Zachodniego. Wyprawa, w skład której wchodziło 129 osób, zaginęła. W drugiej połowie XIX wieku zorganizowano wiele wypraw poszukiwawczych, które trafiały na kolejne ślady zaginionej ekspedycji. Trafiono m.in. na groby niektórych członków załogi.
      Poszukiwania, badania i próby szczegółowego odtworzenia losów Franklina i jego ludzi trwają zresztą do dzisiaj.
      Dotychczas znalezione ciała członków ekspedycji Franklina były identyfikowane za pomocą badań archeologicznych czy zapisków. Teraz mamy pierwszą bezsprzeczną identyfikację.
      Szczątki Johna Gregory'ego znaleziono na Wyspie Króla Williama. Teraz wiemy,że John Gregory był jednym z trzech członków ekspedycji, którzy zmarli w tym konkretnym miejscu w okolicach Zatoki Erbus na południowym-zachodzie Wyspy Króla Williama, mówi profesor Douglas Tenton z University of Waterloo.
      Wiemy, że ekspedycja Franklina dotarła do Arktyki w 1845 roku, a w kwietniu 1848 roku 105 wciąż żyjących jej członków porzuciło uwięzione w lodzie okręty, próbując dotrzeć lądem do ludzkich osiedli. Od połowy XIX wieku na Wyspie Króla Williama znaleziono szczątki dziesiątków członków ekspedycji, jednak dotychczas nikogo jednoznacznie nie zidentyfikowano. Gregory jest pierwszy.
      Dotychczas udało się uzyskać DNA 26 członków załogi Franklina. Teraz pierwszy z nich został zidentyfikowany dzięki badaniom genetycznym jego potomków. Ostatnią wiadomością, jaką rodzina otrzymała od Johna Gregory'ego był list z 9 lipca 1845 roku, jaki wysłał do swojej żony Hannah z Grenlandii, zanim wyprawa dotarła do kanadyjskiej Arktyki.
      Szczątki Gregory'ego zostały odkryte w 1859 roku, a pochowano go w 1879. W 1993 grób ponownie odkryto, a w 2013 roku część szczątków zabrano do analizy.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Międzynarodowy zespół naukowców z ośmiu krajów, pod kierownictwem dr Agaty Buchwał z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, zbadał związek przyrostu słojów krzewinek arktycznych ze zmianami zasięgu lodu morskiego, temperatury powietrza i opadów w Arktyce. Badacze wykazali, że zmniejszający się zasięg lodu morskiego wpływa na wzrost krzewinek tundrowych w jednych regionach Arktyki, a w innych, bardziej suchych, powoduje ograniczenie ich wzrostu. Zespół podjął wysiłek rozwikłania zagadki, z czego wynika ta dwukierunkowość. Wyniki badań opublikowano właśnie w Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America.
      W ciągu ostatnich dwudziestu lat powierzchnia lodu morskiego w Arktyce gwałtownie się zmniejsza. W tym czasie w wielu regionach Arktyki można zaobserwować rozrost roślinności tundrowej – najbardziej na północ wysuniętej formacja roślinnej na Ziemi. Pozornie bezdrzewna tundra w dużej mierze porośnięta jest karłowatymi drzewami, zwanymi krzewinkami. Krzewinki arktyczne, podobnie jak drzewa w niższych szerokościach geograficznych, tworzą roczne słoje przyrostowe. Te niewielkie pierścienie można zmierzyć pod mikroskopem, aby poznać historię klimatu, ale także reakcje wzrostu krzewinek na aktualne zmiany klimatyczne, które są obecne w Arktyce. Nowe badanie pokazuje, jak obecnie postępujący zanik lodu morskiego wpływa na wzrost krzewinek arktycznych.
      Dr Agata Buchwał rozpoczęła swoje badania podczas stypendium Fulbrighta na University of Alaska Anchorage w 2015 roku. Naukowcy zebrali 23 chronologie słojów rocznych krzewinek. Zbiór danych obejmował karłowate brzozy i wierzby z Alaski, Arktyki Kanadyjskiej, Grenlandii, Spitsbergenu i Syberii. Badania pokazały, że podczas gdy większość krzewinek korzysta z ocieplenia wywołanego zmniejszaniem się powierzchni lodu morskiego i zwiększa swój wzrost, istnieje niezwykła grupa, które stopniowo zmniejsza swój wzrost. Co napędza te rozbieżne reakcje krzewinek na zmniejszający się zasięg lodu morskiego? Dr Buchwał wraz z zespołem wykazała, że regionalne zmiany zasięgu lodu morskiego są silnie powiązane ze zmianami lokalnej temperatury – co ważniejsze – ze spadkiem dostępności wilgoci w wybranych regionach Arktyki. W szczególności tereny z krzewinkami, które wykazują mniejszy wzrost w ostatnich latach pomiarowych, charakteryzowały się coraz większym niedoborem wilgoci przy równoczesnym wzroście temperatury powietrza.
      Dlaczego wzrost krzewinek tundrowych jest ważny? Jak wyjaśniają naukowcy, tundra krzewinkowa, podobnie jak las w niższych szerokościach geograficznych, jest istotnym regulatorem obiegu węgla. Podczas gdy obszary tundry z bujnie rosnącymi krzewinkami mogą pochłaniać i magazynować więcej dwutlenku węgla z atmosfery, tereny z krzewinkami wykazującymi spadki wzrostu są jego potencjalnym źródłem. W szczególności, należy tu zwrócić uwagę na interakcję między pokrywą tundrową a wieloletnią zmarzliną, która przy wytapianiu jest źródłem gazów cieplarnianych. Nasze badania pokazują, że niektóre miejsca w Arktyce robią się na tyle suche, że wzrost roślin przy wysokich temperaturach jest utrudniony. Sucha tundra może być w ten sposób bardziej podatna np. na ryzyko pożarów. Już w ostatniej dekadzie mieliśmy doniesienia o pożarach tundry na zachodniej Grenlandii – podkreśla dr Buchwał.
      UAM prowadzi badania w Arktyce już od ponad 50 lat, m.in. w oparciu o stację polarną na Spitsbergenie. W Arktyce znajdujemy bardzo czułe ekosystemy, poddane oddziaływaniu zmian klimatu. Ich reakcje są często bardzo zaskakujące – mówi prof. Grzegorz Rachlewicz z Wydziału Nauk Geograficznych i Geologicznych UAM, jeden ze współautorów artykułu.
      Krzewinki tundrowe nie będą głośno krzyczeć o zmianach klimatycznych w Arktyce. Zamiast tego cierpliwie rejestrują reakcje na te zmiany w swoich rocznych słojach. A naszym zadaniem jest wyciąganie wniosków z ich cennych zapisów – podsumowuje dr Buchwał.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Konrad Steffen, jeden z najwybitniejszych klimatologów, pionier badań nad wpływem zmian klimatu na Grenlandię, zginął w wypadku podczas wyprawy badawczej. Steffen był dyrektorem Szwajcarskiego Federalnego Instytutu Badań nad Lasem, Śniegiem i Krajobrazem. Od ponad 40 lat zajmował się badaniami klimatu, skupiając się głównie na Arktyce i Antarktyce.
      Naukowiec zginął w wieku 68 lat w pobliżu stacji badawczej „Swiss Camp”, którą założył przed ponad 30 laty. Steffen wpadł do lodowej rozpadliny i utonął w lodowatej wodzie. Szczeliny takie stanowią poważna, znane ryzyko. Z powodu opadów śniegu i silnego wiatru uczony nie zauważył jednej z nich.
      Ryan R. Neely III, klimatolog z University of Leeds, który studiował pod kierunkiem Steffena mówi, że w regionie, w którym Szwajcar założył stację szczeliny nie występowały. Jednak globalne ocieplenie doprowadziło do tego, że zaczęły się pojawiać. Wygląda na to, że stał się ofiarą globalnego ocieplenia, dodał.
      Steffen każdej wiosny wracał do swojego obozu, by prowadzić tam badania. Czasami musiał go odbudowywać po ciężkiej zimie.
      Naukowiec urodził się w 1952 roku, a w 1984 obronił doktorat na słynnej ETH Zurich. W 1990 roku został profesorem klimatologii na University of Colorado w Boulder i dyrektorem Cooperative Institute for Research in Environmental Sciences (CIRES). W 2012 roku opuścił USA i przyjął posadę dyrektora Szwajcarskiego Federalnego Instytutu Badań nad Lasem, Śniegiem i Krajobrazem. Piastował też stanowisko profesora w ETH Zurich i Szwajcarskim Instytucie Technologicznym w Lozannie.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Psy ciągnące sanie od wieków pomagają ludziom przetrwać na północy. Mimo, że odgrywają tan ważną rolę, niewiele wiemy o ich pochodzeniu i ewolucji. Cieszyły się dotychczas znacznie mniejszym zainteresowaniem naukowców, niż inne rasy.
      Znalezione na Syberii artefakty, takie jak kościane rzeźby i narzędzia podobne do używanych obecnie przez Eskimosów do mocowania uprzęży psów sugerują, że już w górnym paleolicie psy pomagały człowiekowi. Na syberyjskiej wyspie Żochowa znaleziono szczątki psa oraz dowody, że było to zwierzę pociągowe wykorzystywane przez kulturę Sumnagin przed 9 tysiącami lat.
      Tomas Marques-Bonet, Anders J. Hansen i M. Thomas P. Gilbert wraz z międzynarodowym zespołem naukowym przeprowadzili szczegółowe badania genetyczne psów pociągowych. Przeanalizowali DNA psa z wyspy Żochowa (wiek szczątków określono na 9524 lata), syberyjskiego wilka z plejstocenu (wiek to 33 019 lat) oraz 10 współczesnych psów pociągowych używanych przez Inuitów. Do badań wybrano psy, które przez hodowców były uznawane za wzorcowe dla rasy. Próbki pobrano w 5 różnych lokalizacjach geograficznych, od dwóch osobników w każdej z nich. Dzięki temu naukowcy zyskali pewność, że mają pełną reprezentację arktycznych psów pociągowych. Wszystkie wspomniane genomy porównano ze 114 genomami innych psowatych.
      Analizy wykazały, że wilk z plejstocenu był najbardziej podobny do współczesnych wilków, a pies z wyspy Żochowa wykazywał największe podobieństwo do współczesnych psów pociągowych (psa grenlandzkiego, husky'ego i malamuta) oraz rodzimych psów Ameryki, które wyginęły po przybyciu Europejczyków.
      Naukowcy chcieli zbadać przepływ genów oraz odnaleźć wspólnego przodka psa z wyspy Żochowa oraz współczesnych psów i wilków. Stwierdzili, że nie doszło do żadnego znacznego przepływu genów pomiędzy żadną z ras psów pociągowych (w tym psa z wyspy Żochowa), a współczesnymi wilkami z amerykańskiej Arktyki. Oznacza to, że w ciągu ostatnich 9500 lat geny wilków nie miały wpływu na pulę genetyczną psów pociągowych. To zaskakujące, gdyż wiemy, że już po udomowieniu innych ras psów dochodziło do ich mieszania się z wilkami. Również dowody etnograficzne wskazują, że krzyżowanie się wilków z psami pociągowymi było mało prawdopodobne. To zaś wskazuje, że mieszkańcy Arktyki prowadzili staranną selekcję i wybierali czyste rasy, a nie hybrydy.
      Jednocześnie naukowcy zauważyli, że istnieje przepływ genów pomiędzy psami pociągowymi a niektórym rasami współczesnych psów. Niepochodzące z Grenlandii psy pociągowe wykazują ślady mieszania się z innymi rasami. Najmniej takich domieszek jest u psów grenlandzkich. Możemy się domyślać, że psy na Grenlandii były trzymane w izolacji od innych ras psów, a ich genom ma więcej wspólnego z krewniakami psa z wyspy Żochowa niż z innymi rasami. Dodatkowym elementem potwierdzającym to spostrzeżenie jest rozmiar populacji tych psów. Badania wykazały, że historycznie był on stabilny. Sytuacja zmieniła się około 850 lat temu, gdy populacja zmniejszyła się. Wydarzenie to zbiega się w czasie z kolonizacją Grenlandii przez Inuitów i wskazuje, że od tamtego czasu izolacja populacji była jeszcze większa.
      Analiza genomu psów pociągowych pod kątem przystosowania się do warunków arktycznych wykazała, że różnią się one od innych ras psów. Żyjące w Arktyce psy pociągowe są lepiej przystosowane do diety zawierającej duże ilości tłuszczu, gdy tymczasem inne rasy psów są przystosowane do trawienia dużych ilości skrobi. Pod tym względem psy pociągowe są bardziej podobne do wilków. Istnieje jednak różnica genetyczna pomiędzy współczesnymi psami pociągowymi, a psem z wyspy Żochowa, dotycząca zdolności do tolerancji diety wysokotłuszczowej. Obecność tej różnicy wskazuje, że pojawiła się ona już po oddzielenia psów współczesnych i psa z wyspy Żochowa od ich wspólnego przodka. Co interesujące, adaptacje takie są analogiczne do adaptacji widocznych u ludzi, co wskazuje na wspólną ewolucję psów pociągowych i ludzi wspólnie podbijających Arktykę.
      Dowody z wyspy Żochowa, takie jak genom psa oraz narzędzia z obsydianu pochodzącego z miejsc odległych o 1500 kilometrów wskazują, że już przed 9500 lat istniały psy pociągowe, które odgrywały kolosalną rolę w ekspansji człowieka na tamte tereny.

      « powrót do artykułu
  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...