Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
  • ×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

      Only 75 emoji are allowed.

    ×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

    ×   Your previous content has been restored.   Clear editor

    ×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Bay van der Bunt, holenderski kolekcjoner starych alkoholi, zdecydował się na sprzedaż całości swoich zbiorów. Wśród 5 tys. przeznaczonych na aukcję butelek znajduje się m.in. najdroższy na świecie koniak. Wyprodukowano go w 1795 r. w Brugerolle. Jest cenny nie tylko ze względu na wiek, ale i na historyczne koleje losu - towarzyszył bowiem wojskom napoleońskim podczas podboju Europy.
      Kolekcjonowanie rozpoczął w 1880 r. prapradziadek Baya. Biznesmen nie chce wyprzedawać zbiorów po kawałku, dlatego nastawia się na transakcję z pojedynczym klientem. Liczy, że zostanie ona przeprowadzona do końca br. Van der Bunt obawia się, że w przyszłości ktoś mógłby wypić "jego" trunki. To prawdziwe barbarzyństwo - komentuje. Agent Bart Laming ma więc zadbać o to, by kupił je raczej kolekcjoner niż koneser praktyk.
      W 1990 r. Holender kupił 3-litrową butelkę jeroboam za 26,3 tys. euro. W ciągu 22 lat wartość koniaku wzrosła ponad 5-krotnie - do 137, 2 tys. euro - głównie w wyniku pojawieniu się na rynku handlarzy alkoholem Rosjan i Chińczyków. Wiele wskazuje na to, że najdroższy koniak świata trafi do przedstawiciela którejś z tych nacji.
      Poniżej zamieszczamy krótki reportaż o kolekcji van der Bunta. Jest po holendersku, ale okazja do zobaczenia tylu cennych butelek naraz nadarza się naprawdę rzadko.
       
       
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Na aukcji zorganizowanej w ubiegły piątek (7 października) w Hershey w Pensylwanii poszedł pod młotek najstarszy - w dodatku nadal jeżdżący - samochód świata. Sprzedażą parowego 127-letniego cacka zajmowała się firma RM Auctions. Ostatecznie uzyskano cenę 4,6 mln dol. Kwota uwzględnia 10-proc. premię dla domu aukcyjnego.
      To najwyższa cena, jaką osiągnięto na aukcji za model wczesnego samochodu. Personaliów nabywcy nie podano do publicznej wiadomości. Auto skonstruowano we Francji w 1884 r. w wytwórni De Dion-Bouton. Przez 81 lat należało do jednej rodziny. Od momentu wyprodukowania miało tylko 4 właścicieli.
      Czterokołowy model La Marquise - nazwany tak na cześć matki jednego z założycieli, markiza Jules'a-Alberta de Diona - był na swoje czasy prawdziwym cudem techniki.
      Opalany węglem, drzewem i skrawkami papieru samochód musi się rozgrzewać przez ok. 30-40 min. Dopiero po tym czasie powstaje wystarczająca ilość pary do wprawienia w ruch tłoków. Maksymalna prędkość auta to nieco powyżej 61 km na godzinę. La Marquise zbliżył się do niej ponoć w 1887 r. w czasie pierwszego na świecie wyścigu automobilowego, choć jazdę tę nazywa się wyścigiem nieco na wyrost, ponieważ wziął w niej udział tylko markiz de Dion (lepiej byłoby więc mówić o biciu rekordu prędkości, a nie wyścigu). Zasiadając w swoim prototypie, arystokrata pokonał trasę Paryż-Wersal ze średnią prędkością 16 mil na godzinę (25,7 km/h).
       
      http://www.youtube.com/watch?v=riO3UUC9qo0
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Europejska Agencja Kosmiczna ogłosiła koniec prac nad aparatem fotograficznym dla misji Gaja. Aparat o rozdzielczości miliarda pikseli składa się ze 106 CCD, których łączna powierzchnia wynosi pół metra kwadratowego.
      Zaplanowana na pięć lat misja Gaja rozpocznie się w 2013 roku, a celem aparatu będzie stworzenie mapy nieba z około miliardem gwiazd.
      Aparat będzie korzystał z dwóch matryc po 51 CCD każda, które będą ustawione względem siebie pod kątem 106,5 stopnia. Zadaniem czterech pozostałych CCD będzie dbałość o jakość obrazu i odpowiednie ustawienie matryc względem siebie. Matryce mają do wykonania cztery zadania - mapowanie gwiazd, ich pozycji i ruchu (dzięki czemu można będzie tworzyć obraz 3D, ich koloru i intensywności oraz wykonywanie pomiarów spektrometrycznych.
      Satelita Gaja zostanie umieszczona w punkcie Lagrange'a L2.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Wafaa Bilal, Irakijczyk piastujący stanowisko profesora na Wydziale Fotografii Uniwersytetu Nowojorskiego (NYU), zamierza się poddać operacji wszczepienia aparatu fotograficznego z tyłu głowy. Przez rok wykonywane w minutowych odstępach zdjęcia będą przesyłane do monitorów katarskiego Arabskiego Muzeum Sztuki Współczesnej, którego otwarcie zaplanowano na 30 grudnia.
      Na lokalizację Mathafu (po arabsku "muzeum") wybrano Ad-Dauhę, stolicę kraju. Zgromadzono tu ponad 6000 dzieł, reprezentujących podstawowe nurty sztuki arabskiej od lat 40. XIX wieku po współczesność. Projekt Bilala, realizowany pod kryptonimem "Trzeci ja", co przywodzi na myśl trzecie oko (wyrazy "ja" - "I" i "oko" - "eye" są identyczne brzmieniowo) i związane z nim możliwości, wzbudza sporo kontrowersji. Sceptycy wskazują na konieczność wskazania granic między wyrazem artystycznym a prawem studentów, pracowników uniwersytetu i innych osób do prywatności.
      Sam profesor odmawia komentarza, ale jego znajomi ujawniają, że operacja planowana jest na najbliższe tygodnie. Wszczepiane urządzenie ma wielkość paznokcia i zostanie zamocowane podobnie jak kolczyki.
      W materiałach prasowych muzeum, które złożyło Bilalowi niecodzienną propozycję, napisano, że projekt stanowi komentarz do braku czasu i niezdolności uchwycenia wspomnień oraz doświadczeń. "Trzeci ja" uświetni otwarcie Mathafu.
      Bilal poinformował swoją przełożoną o zamówieniu jeszcze w styczniu, a ta z kolei powiadomiła dziekana. Problem szeroko dyskutowano, ale nadal nie ustalono, na jakich zasadach Bilal i jego kamera będą się poruszać na terenie kampusu. Wykładowca poinformował wszystkich swoich studentów i zagwarantował, że będzie zakrywał obiektyw, przebywając na terenie uniwersytetu. Najprawdopodobniej władze uczelni nakażą mu także wyłączać urządzenie w budynkach NYU.
      To nie pierwsze kontrowersyjne działanie Irakijczyka. Przed dwoma laty, realizując projekt Virtual Jihadi, włamał się np. do gry wideo, gdzie umieścił awatar siebie w roli zamachowca-samobójcy polującego na George'a W. Busha.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Robert Harrison zrobił zapierające dech w piersi zdjęcia Ziemi widzianej z poziomu wyższych warstw atmosfery, posługując się zestawem złożonym z cyfrowego aparatu, GPS-a, taśmy izolacyjnej i stratostatu.
      Trzydziestoośmioletni Brytyjczyk wykorzystał tanie części - w sumie realizacja projektu kosztowała go 500 funtów. Aparat mocowany do balonu do lotów stratosferycznych mógł się wzbić na wysokość 35 km. W ten prosty sposób udało mu się zrobić serię zdjęć z widokami dostępnymi tylko dla pasażerów wahadłowca.
      Od 2008 r. Harrison, na co dzień szef firmy informatycznej, wypuścił już 12 stratostatów. Jego przygoda z fotografią wysokościową zaczęła się podczas nieudanych prób wykonania zdjęć własnego domu za pomocą zdalnie sterowanego helikoptera. Skoro tak się nie udało, uparty konstruktor postanowił poszukać innych sposobów.
      Harrison ujawnił dziennikarzom The Times, że kontaktował się z nim pracownik NASA, który chciał się dowiedzieć, jak zrobiono fotografie. Myślał, że wykorzystaliśmy rakietę. Tymczasem genialne w swej prostocie rozwiązanie bazowało na zwykłym aparacie Canona, zamontowanym na wypełnionym helem balonie meteorologicznym. Aparat można kontrolować dzięki mikrokomputerowi i ściągniętemu z Internetu darmowemu oprogramowaniu. Informatyk nieco je zmodyfikował, by co 5 minut dało się robić po 8 zdjęć i film. Brytyjczyk pomyślał o ujęciach wykonywanych w różnych kierunkach. W pudełku, w którym ukryto aparat, znajdują się również czujniki temperatury, ciśnienia i wysokości.
      Pokładowy komputer transmituje dane dotyczące położenia i wysokości do naziemnej stacji. Przekaz zachodzi dzięki systemowi telekomunikacyjnemu RTTY (ang. radio teletype). Później Harrison zaczął też korzystać z urządzenia śledzącego GPS. To ostatnie pozwala na ustalenie pozycji balonu z dokładnością do 10 metrów.
      Zarówno aparat, jak i GPS są otulone izolacją. W ten sposób ciepło generowane podczas ich pracy może dodatkowo posłużyć do ogrzania sprzętu. Nic więc dziwnego, że działał on nawet przy temperaturze minus 60 stopni Celsjusza.
      Na poziomie gruntu balon ma średnicę 1 m, lecz gdy unosi się i następuje spadek ciśnienia, jego przekrój wzrasta do 20 m. Na końcu pęka, a aparat opada, unoszony na niewielkim spadochronie.
×
×
  • Create New...