Skocz do zawartości


KopalniaWiedzy.pl

Rejestracja: 13 wrz 2006
Poza forum Ostatnio: --
-----

Moje tematy

Na Ziemi nie ma już dzikich koni

23 luty 2018 - 14:00

Autorzy zaskakujących badań, których wyniki ukazały się w najnowszym numerze Science, twierdzą, że na Ziemi nie ma już dzikich koni. Powszechnie uważa się, że ostatnim dzikim gatunkiem konia jest koń Przewalskiego, jednak analizy filogenetyczne miały wykazać, że koń Przewalskiego to gatunek zdziczały, pochodzący od najstarszych znanych udomowionych koni, które zostały 5500 lat temu udomowione przez lud Botai z północnego Kazachstanu. Co więcej, autorzy wspomnianych badań potwierdzili to, co część naukowców od dawna podejrzewała – współczesne domowe konie nie pochodzą od koni ludu Botai.

To było wielkie zaskoczenie. Zaraz po tym, jak w 1993 roku rozpoczęliśmy wykopaliska w miejscach, gdzie żył lud Botai, byłam pewna, że znaleźliśmy ślady pierwszych udomowionych koni. Próbowaliśmy to udowodnić, ale wykonane przez nas analizy DNA wykazały, że lud konie ludu Botai nie są przodkami dzisiejszych koni domowych, są przodkami konia Przewalskiego, mówi współautor badań Sandra Olsen, kurator w Instytucie Bioróżnorodności i Muzeum Historii Naturalnej University of Kansas.
Wyniki powyższych badań oznaczają, że na świecie nie ma już dzikich koni. Są tylko gatunki zdziczałe, jak koń Przewalskiego czy amerykański mustang.

Zespół Olsen badał liczne kości i zęby koni ze stanowisk Botai i Krasnyj Jar. Naukowcy przeanalizowali DNA 20 koni ludu Botai oraz 22 koni z całej Eurazji, które żyły w ciągu ostatnich 5500 lat. Porównali uzyskane wyniki z wcześniej opublikowanymi danymi dotyczącymi 18 koni żyjących przed wiekami oraz 28 współcześnie żyjącymi zwierzętami.

Analiza filogenetyczna potwierdziła, że udomowione konie nie należą do jednej grupy monofiletycznej, a tak by było, gdyby pochodziły one od koni Botai. Najstarszym znanym potomkiem koni udomowionych przez ten lud jest koń Przewalskiego, a nie współczesne konie hodowlane, napisali autorzy badań.

Mamy więc do czynienia z dwoma różnymi przypadkami udomowienia dwóch gatunków lub podgatunków. Dotychczas sądzono, że współczesne udomowione konie pochodzą od Equus ferus, europejskiego dzikiego konia, który wyginął. Problem w tym, że sądzono, iż gatunek ten istniał jeszcze na początku XX wieku. Jednak badania szczątków dwóch zwierząt z Sankt Petersburga wykazały, że to prawdopodobnie również konie zdziczałe, które miały przynajmniej kilka genów wskazujących na udomowienie, mówi Olsen.

Po upadku ZSRR tereny zamieszkałe przez lud Botai stały się łatwiej dostępne dla zachodnich naukowców. Olsen zaczęła tam badania w 1993 roku. Uczona mówi, że przodkowie Botai byli wędrownymi myśliwymi. Gdy udomowili konia zaczęli prowadzić osiadły tryb życia i zakładali duże wsie składające się ze 150 i więcej domów. Ich głównym źródłem pożywienia było końskie mięso. Nie zajmowali się rolnictwem. Mamy wiele dowodów wskazujących, że jako pierwsi udomowili konie. By prowadzić osiadły tryb życia potrzebowali udomowionych zwierząt lub roślin. Wiemy, że roślin nie udomowili. Ponad 95% kości ze stanowisk ludu Botai stanowią kości koni. Lud ten był wyraźnie skupiony na tych zwierzętach. Gdyby polowali na konie poruszając się na nogach, szybko przetrzebiliby stada w swoim otoczeniu i musieliby udawać się na coraz dalsze wyprawy myśliwskie. To niepraktyczny sposób, który nie pozwoliłby na utrzymanie dużej populacji, stwierdza Olsen.

We wsiach Botai znaleziono też pozostałości zagród. Odkryliśmy zagrodę, w której gleba zawierała duże ilości azotu i sodu pochodzących z odchodów. Tak duże stężenie występowało tylko w granicach zagrody. Ostatecznym dowodem było znalezienie pozostałości końskiego mleka w naczyniach. Obecnie w Mongolii i Kazachstanie powszechnie używa się końskiego mleka. Po fermentacji zawiera ono bardzo dużo witamin i ma duże wartości odżywcze.

Olsen odkryła też, że po zabiciu koni Botai grzebali ich głowi i szyje z nozdrzami zwróconymi w kierunku południowo-wschodnim. Tam jesienią na stepie wschodzi Słońce. Mongołowie i Kazachowie zabijają większość swoich koni o konkretnej porze roku, gdy w ciałach zwierząt zgromadzona jest największa ilość tłuszczu.

To bardzo interesujące, gdyż wśród całego przekroju ludów indoeuropejskich widać silne powiązania pomiędzy bogiem Słońca a koniem. Niewykluczone więc, że Botai posługiwali się językiem protoindoeuropejskim i że oni również łączyli konie i Słońce. Z czasem wśród ludów indoeuropejskich narodziła się idea boga Słońca, który rodzi się na wschodzie, podróżuje rydwanem ciągniętym przez białe konie, umiera na zachodzie i każdego dnia się odradza.

Olsen i jej zespół twierdzą, że konie Przewalskiego to potomkowie udomowionych koni Botai, które uciekły z zagród we wschodnim Kazachstanie lub zachodniej Mongolii. Uciekinierzy rozwinęli półdziki tryb życia i zachowali wygląd dzikich koni. To dlatego biolodzy uważali, że to dzikie konie. Mają stojącą grzywę, której obecność jest wiązana z dzikimi końmi. Kolejną prymitywną cechą charakterystyczną jest bułane ubarwienie sierści. Tak ubarwione zwierzęta widzimy np. na rysunkach naskalnych, stwierdza Olsen.


« powrót do artykułu

Ropa z tankowca, który zderzył się z inną jednostką, dociera do japońskich wysp

23 luty 2018 - 13:52

Ropa, która wypływa na wyspach Amani, pochodzi najprawdopodobniej z irańskiego zbiornikowca Sanchi, który zatonął 14 stycznia na Morzu Wschodniochińskim.

Rzecznik straży przybrzeżnej Takuya Matsumoto poinformował, że analiza próbek z Okinoerabujimy i Yoronjimy wskazała na podobieństwa do paliwa wykorzystywanego przez zbiornikowiec. Nic nam nie wiadomo o innym wypadku morskim w regionie, który mógłby doprowadzić do wycieków. Stąd wniosek, że paliwo, które dotarło do 2 wysp, ma związek z irańską jednostką.

Szóstego stycznia Sanchi zderzył się 300 km od Szanghaju z masowcem CF Crystal. Wskutek zderzenia tankowiec eksplodował. Ponieważ transportował do Korei Południowej niemal milion baryłek tak tzw. lekkiej ropy, pojawiły się obawy co do skutków ekologicznych katastrofy.

Najwyraźniej były uzasadnione, bo pod koniec stycznia na wyspach znanych z owoców morza i dziewiczego wybrzeża zaczął się pojawiać tłusty szlam. Nie jest to lekka ropa transportowana przez statek, dlatego specjaliści sądzą, że to paliwo zasilające sam tankowiec.

Obecność zanieczyszczeń odnotowano na co najmniej 16 wyspach. Mieszkańcy zebrali w sumie ok. 90 ton ropy.

Rząd zlecił badania wpływu wypadku na środowisko (łowiska, a także ptaki czy rafy koralowe). Matsumoto podkreśla, że próbki z poszczególnych wysp mają różne cechy. Wg niego, wiąże się to z tym, że na zbiornikowcu mogło być kilka rodzajów ciężkiego paliwa oraz rozmaite wyposażenie.

Analiza próbek wody z regionu nie wykazała skażenia.


« powrót do artykułu

Podglądanie mózgu za pomocą EEG

23 luty 2018 - 13:01

Na Uniwersytecie Toronto Scarborough powstała technika, która pozwala cyfrowo zrekonstruować obrazy, które postrzega dana osoba, na podstawie danych zebranych przez EEG.

Gdy coś widzimy, nasz mózg tworzy mentalny percept [...]. Dzięki EEG jesteśmy w stanie go uchwycić - tłumaczy dr Dan Nemrodov.

Podczas eksperymentów ochotnikom podpiętym do elektroencefalografu pokazywano zdjęcia twarzy. Później obrazy cyfrowo odtwarzano, wykorzystując algorytmy uczenia maszynowego.

Wcześniej jeden z członków kanadyjskiego zespołu, prof. Adrian Nestor, rekonstruował obrazy twarzy, wykorzystując dane pozyskane podczas funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI). Teraz coś podobnego zrobiono z danymi z EEG.

Naukowcy tłumaczą, że choć fMRI zapewnia więcej szczegółów dot. aktywności konkretnych rejonów mózgu, EEG jest lepsze ze względów praktycznych: częściej się z niego korzysta, a urządzenia są przenośne i tanie. Wg Nemrodova, EEG zapewnia też lepszą rozdzielczość czasową, pozwalając zmierzyć, jak percept rozwija się w czasie.

fMRI oddaje aktywność [mózgu] w skali sekund, a EEG w skali milisekund [...]. Między innymi dzięki temu akademicy mogli oszacować, że by powstała dobra reprezentacja postrzeganej twarzy, mózg potrzebuje ok. 170 milisekund (0,17 s).

Naukowcy widzą wiele zastosowań dla systemu rekonstruowania obrazów dzięki danym z EEG. Wspominają np. o komunikacji z osobami z zespołem zamknięcia.

Obecnie zespół Nestora pracuje nad tym, jak go zastosować do szerszej gamy obiektów niż twarze, a także by dało się rekonstruować nie tylko to, co człowiek postrzega, ale i rzeczy, które pamięta czy sobie wyobraża.

Autorzy publikacji z pisma eNeuro wspominają też o zastosowaniach śledczo-sądowych. Dane od świadków zbierano by za pomocą opisywanej technologii, a nie relacji ustnych i portretów pamięciowych.

 


« powrót do artykułu

Jeżowce gryzą skały z imponującą prędkością

23 luty 2018 - 12:23

Naukowcy od dawna podejrzewali, że jeżowce są w stanie wgryzać się nawet w bardzo twarde skały. Teraz uczonym z Villanova University w Pennsylvanii udało się nie tylko to udowodnić, ale sprawdzić tempo, w jakim zwierzęta gryzą skałę. Badali oni jeżowce purpurowe (Strongylocentrotus purpuratus), żyjące wzdłuż zachodnich wybrzeży Ameryki Północnej.

W laboratorium naukowcy umieścili pojedyncze jeżowce na podłożu z miękkiego mułowca, umiarkowanie twardego piaskowca i twardego granitu. Jeżowce szukając schronienia wykorzystują już istniejące zagłębienia terenu, jednak gdy takich nie znajdą, wgryzają się w podłoże. Po roku skały, na których przebywały jeżowce, zważono i zbadano ich powierzchnię.

Okazało się, że zwierzęta naruszyły wszystkie skały. Dziury w mułowcu miały objętość około 220 centymetrów sześciennych, te piaskowcu liczyły sobie 63 cm3, a w granicie – 45 centymetrów sześciennych.

Nie zdziwiło nas to, że wgryzają się w skałę. Jednak zaskoczyło nas tempo, szczególnie w piaskowcu, mówi główny autor badań, Michael Russel. Uczony mówi, że zdolności jeżowców to pochodna tego, jak jedzą. U dołu ciała mają pięć ostrych zębów. Nawet gdy zwierzęta nie spożywają posiłku, zęby ciągle się poruszają, drapiąc skałę, na której jeżowiec przebywa. Jeżowce zjadają zeskrobaną przez siebie skałę.

Zespół Russela obliczył też, że jeżowce tworzą olbrzymią ilość osadów morskich. Rocznie może to być nawet 200 ton na hektar. To ilość porównywalna z osadami pozostawianymi w oceanach przez niektóre rzeki.


« powrót do artykułu

W Chartumie powstanie Polski Ośrodek Archeologiczny

23 luty 2018 - 01:48

Prowadzenie badań naukowych oraz wsparcie logistyczne i organizacyjne polskich misji archeologicznych zapewni Polski Ośrodek Archeologiczny w Chartumie w Sudanie. Nowa placówka, należąca do Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW, zostanie otwarta 27 lutego.

Ośrodkiem będzie kierować prof. Mahmoud el-Tayeb, związany przez całą karierę naukową z Uniwersytetem Warszawskim. Obecnie prowadzi on projekt dotyczący formowania się średniowiecznych państw w Nubii, czyli starożytnym Sudanie.

Przestrzeń biurową dla centrum wygospodarowano w budynku National Corporation for Antiquities and Museums (Narodowej Korporacji ds. Starożytności i Muzeów - rządowej agencji zajmującej się zabytkami). Bazę mieszkaniową ma stanowić dom w nieodległej dzielnicy Fitehad - Omdurman.

Uroczyste otwarcie ośrodka nastąpi 27 lutego z udziałem wiceministra nauki Sebastiana Skuzy i rektora UW prof. Marcina Pałysa. Powołanie ośrodka było możliwe dzięki współpracy z Fundacją Ochrony Dziedzictwa, prowadzoną przez dr. hab. Henryka Panera - naukowca z Muzeum Archeologicznego w Gdańsku.

Obecnie w Sudanie pracuje 11 polskich misji wykopaliskowych, prowadzonych przez różne jednostki z całej Polski. Prowadzone są również cztery projekty naukowe, polegające m.in. na badaniu szlaków handlowych w późnej starożytności czy badania antropologiczne starożytnych populacji ludzkich. Dlatego tak bardzo potrzebny był całoroczny ośrodek, który mógłby tego typu działania wspierać na miejscu - powiedział PAP inicjator powołania ośrodka, dyrektor kairskiej stacji Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej, dr Artur Obłuski.

Jak dodał, obecnie liczba projektów archeologicznych prowadzonych w Sudanie przez Polaków niemal zrównała się z liczbą projektów prowadzonych w Egipcie. Polskim naukowcom udało się nawet uzyskać prestiżowy grant ERC na badania na terenie Sudanu.

Ośrodek w Chartumie będzie miał dwa podstawowe zadania: prowadzenie badań naukowych Uniwersytetu Warszawskiego w regionie oraz wsparcie organizacyjne i logistyczne dla wszystkich polskich naukowców prowadzących badania nad historią i kulturą Sudanu. Placówka będzie należała do Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW, która już teraz posiada całoroczną stację badawczą na terenie Kairu.

Naukowiec podkreśla, że to pierwsza tego typu zagraniczna placówka naukowa na terenie Sudanu. Podobne zamierzają w najbliższych latach otworzyć Niemcy i Amerykanie, natomiast Francuzi już teraz w ramach swojej ambasady w Chartumie posiadają jednostkę zajmującą się nauką - dodaje dr Obłuski.

Ośrodek w Chartumie będzie wspierał nasze misje archeologiczne i projekty naukowe. Polscy naukowcy znajdą tu przestrzeń do pracy, jak również miejsca noclegowe - dodaje naukowiec. W imieniu różnych misji archeologicznych pracownicy ośrodka będą również uzyskiwać w Chartumie pozwolenia na prowadzenie badań terenowych czy wywóz próbek do badań za granicą.

Posiadanie ośrodka pozwoli nam również prowadzić badania zabytków muzealnych na miejscu, jak również promować osiągnięcia naszej nauki i dzielić się nimi w trakcie wykładów i szkoleń dla społeczności międzynarodowej i naszych sudańskich kolegów - wymienia dr Obłuski.

W najbliższej przyszłości dr Obłuski chciałby - jak mówi - powołać program stypendialny, dzięki któremu dałoby się ufundować dwa równoległe stypendia, dla obywatela Sudanu i Polski. Osoby te prowadziłyby wspólnie komplementarne badania na terenie Sudanu.

Polscy archeolodzy są obecni w Sudanie od ponad pół wieku. W latach 60 XX w. prof. Kazimierz Michałowski, uznawany za nestora polskiej archeologii śródziemnomorskiej, był zaangażowany w ratownicze badania wykopaliskowe w Sudanie w związku z wzniesieniem Wielkiej Tamy Asuańskiej. Jej spiętrzone wody zalały olbrzymie obszary północnego Sudanu i południowego Egiptu.


« powrót do artykułu